SUPer raj w środku Europy

Słowenia - kraj który zachwyca przyrodą i rzuca na deski... SUP.

Kiedy zaczęłam regularnie pływać na swoim SUPie, poznałam już dużo rzek, kanałów i jezior w mojej okolicy, powoli zaczął świtać pomysł, żeby może wybrać się gdzieś dalej, popływać w innym rejonie, województwie, w końcu w innym kraju.

 

Jest jakiś kraj, który od razu przychodzi Wam do głowy kiedy myślicie o SUPowych wakacjach?

 

Dla mnie była to Słowenia. I chociaż razem z Agnieszką rozważałyśmy też wyjazd na jakąś wyspę typu Kreta, Cypr, Teneryfa, gdzie mogłybyśmy codziennie pływać po morskich zatoczkach, to jednak Słowenia wciąż powracała i brakowało nam choć jednego argumentu, żeby NIE pojechać właśnie tam. Kraj ten okazał się przepiękną oazą SUPowych miejscówek, z turkusowymi, przezroczystymi wodami, klimatycznymi miasteczkami, gęstymi lasami i górami dookoła. Do tego liczne jaskinie, szlaki górskie, trasy rowerowe, kajakarskie, canyoningowe, raftingowe, nawet via ferraty, sprawiają, że to idealny kraj na wakacje jeśli lubisz outdoor i aktywne spędzanie czasu. Zdecydowanie plasuje się na samej górze mojej osobistej listy najciekawszych miejsc w Europie. Oto parę akwenów w których mnie, Agnieszce i Szyszce udało się popływać. Tak, jeśli macie psa nie wahajcie się go zabrać. Zapewne przeżyje tam jedne z lepszych wakacji życia i będzie świetnym kompanem SUPowych eksploracji.

 

Kostanjevica na Krki

 

Kostanjevica to małe miasteczko położone na wyspie w południowo-wschodniej części Słowenii, niedaleko granicy z Chorwacją, około 60km od Zagrzebia. To jedno z najstarszych miast w regionie, chronione jako kulturowy i historyczny zabytek. Dlatego warto się najpierw przejść w poprzek wysepki, zobaczyć mały rynek, malownicze zabudowania i spróbować lodów z budki przy południowym moście – według naszego znajomego Słoweńca są najlepsze w okolicy. Zgodzę się, że dobre, ale żeby przyznać mu rację muszę jeszcze kiedyś wrócić w te rejony, póki co mam za małą próbę badawczą.

Podjechaliśmy do Kostanjevicy od północy i zaparkowaliśmy samochód na parkingu po prawej stronie, zaraz za rondem, nie wjeżdżając nawet na wyspę:

Tutaj na brzegu rzeki znajdował się nawet dość spory, drewniany podest. Stamtąd bez problemu zwodowałyśmy się na Krkę. Opłynięcie całego miasta dookoła, bardzo powolnym tempem z psem, robieniem fotek i podziwianiem okolicy zajęło nam niecałą godzinkę. Rzeka była spokojna i zaskakująco czysta, a po drodze przepływałyśmy pod ciekawymi drewnianymi mostami.

Jeśli jesteście w pobliżu na pewno warto, poza zwykłym zwiedzaniem, obejrzeć miasto z perspektywy rzeki. A jeśli nie macie ze sobą swojej deski możecie wypożyczyć ją tutaj:

Kostanjevica i deska Stand Up Paddle

Lublana

 

Stolica kraju i przepiękne miasto smoków. W Słowenii SUPy są dość popularną i znaną metodą na spędzanie wolnego czasu. W Lublanie nawet organizowane są wielkie spływy SUPowe przez miasto i wtedy wygląda to mniej więcej tak:

Ponad 100 SUPerów zbiera się wtedy, żeby razem przepłynąć przez miasto i promować ekologiczne rozwiązania. Zwykle odbywa się to na wiosnę, by zapoczątkować nowy sezon.

My zaczęłyśmy nasz krótki spływ w okolicach Parku Śpica, na bulwarze Prule (tym razem bez Szyszki, bo nie znałyśmy trasy i nie wiedziałyśmy czy rzeka będzie bardzo zatłoczona, okazało się jednak, że było zaskakująco spokojnie, więc jeśli Wasz pies jest posłuszny, albo pływa głównie razem z Wami na desce, myślę że nie powinno być problemu ze wspólnym pływaniem) :

Szeroką Ljublanicą z bulwarami po obu stronach powoli wpływałyśmy coraz głębiej w centrum miasta. Po bokach zaczęły pojawiać się piękne, porośnięte bluszczami ściany i wierzby płaczące swoimi gałęziami sięgające parę metrów niżej, do wody w której płynęłyśmy. Powoli kolejne mosty przesuwały się nam nad głowami. Naszym głównym celem było przepłynąć pod słynnym Smoczym Mostem. Kiedy tam dotarłyśmy usiadłyśmy na deskach i po prostu chłonęłyśmy miasto. Lublana jest piękna i malownicza, a SUPowanie po rzece w centrum było samą przyjemnością. Od czasu do czasu mijała nas jedynie łódka z turystami, poza nią rzeka w zasadzie należała do nas. Na koniec podpłynęłyśmy do jednych z wielu schodów pnących się po bocznych ścianach nisko osadzonej rzeki. Na wąskiej platformie wypompowałyśmy powietrze z desek, spakowałyśmy je w plecaki i z wiosłami w rękach wspięłyśmy się na górę trafiając prosto do ogródka restauracji, w sam środek spokojnej, nagrzanej słońcem, kolorowej Lublany.

Jeśli nie macie swojej deski, możecie ją wypożyczyć np tutaj:

swoją drogą Bananaway nie tylko wypożyczają deski, ale tez organizują różne SUPowe wycieczki. Ich konto na instagramie jest jednym z naszych ulubionych, pokazują PRZEPIĘKNE zakątki Słowenii i innych krajów. Byli dla nas głównym źródłem inspiracji, kiedy planowałyśmy ten wyjazd. Polecamy!

Lublana i Stand Up Paddle Board
Lublana i SUP

Bohnij

 

Zamarzyło się nam nocować na campingu zaraz nad jeziorem, żeby nad ranem tylko otworzyć namiot i wyskoczyć na deskach prosto do wody. Tylko, że kiedy wieczorem przyjechaliśmy na camping i już zapłaciliśmy za pobyt, później przez jakąś godzinę jeździliśmy pomiędzy camperami i namiotami w poszukiwaniu choćby skraweczka ziemi. Camping był tak przepełniony, że przez chwilę rozważaliśmy nawet rozbicie się niemal na drodze i już myśleliśmy, że będzie trzeba jechać jednak gdzieś indziej. Znaleźliśmy w końcu kawałek miejsca pod nasz jeden namiocik, ale jednak nie do końca tak wyobrażaliśmy sobie pobyt nad jeziorem Bohnij. Jeśli jedziecie do Słowenii w sezonie, raczej nastawcie się na tłumy i przyjedźcie na camping wcześniej, albo po prostu poszukajcie innego miejsca. Szczerze mówiąc moim zdaniem dla samej bliskości jeziora nie warto rozkładać się w takim tłumie. Ścisk i harmider niemalże jak na jakimś festiwalu. Ja zdecydowanie wolę ciszę, spokój i miejsca gdzie spanie pod namiotem ma sens nie tylko dlatego, że gdzieś po prostu musisz spać i jest to jedna z tańszych opcji, ale głównie po to, żeby chłonąć naturę dookoła.

Poranek zdecydowanie zrekompensował nam ten ścisk. Nad jeziorem pojawiły się niesamowite mgły. Pompowałyśmy deski najszybciej jak potrafiłyśmy, żeby zdążyć wbić się w to białe mleko zanim słońce powoli przebijające się przez nie, zupełnie wszystko rozproszy. Zniecierpliwiona Szyszka piszczała przebierając łapami i popędzając nas. W końcu jak można dmuchać deski przez prawie 10 min! Jej podekscytowanie to zdecydowanie jedyny pozytywny element wyczerpującego pompowania. Już spocone, chichramy się aż brakuje sił, żeby napierać na pompkę. W końcu się wodujemy. I choć zawsze wydaje mi się, że pływanie po jeziorach jest zwyczajnie nudnawe, bo mało ma w sobie różnorodności, to ten poranek zdecydowanie należy do najbardziej widowiskowych spływów jakie do tej pory udało mi się przeżyć. W oddali widziałyśmy szczyty gór, na horyzoncie linię mgieł, a w ciemno błękitnej wodzie unoszące się małe złote już listki drzew. Do tego kiedy dopłynęłyśmy do północno-zachodniego brzegu jeziora woda była pięknie turkusowa i przeźroczysta. Bajka.

Był to też możliwe, że jeden z rekordowych spływów Szyszki. Pływała przy mnie chyba z godzinę na samym środku wielkiego jeziora, zanim dała sie namówić, żeby odpocząć na moment na desce. I zaraz znowu hop do wody! Myślałam, że dobrze znam swojego psa, ale cały czas zaskakuje mnie tym jak długo jest w stanie pływać i mieć z tego tak ogromną frajdę nie męcząc się specjalnie. Gdzie ona ma jakieś limity? Dogadałaby się z bobrami…

Jeśli podróżujecie bez własnej deski, to pamiętam, że na campingu w budce przy samym jeziorze była możliwość wypożyczenia paru kajaków i SUPów. Na stronie campingu nie chwalą się tym specjalnie (albo ja nie umiem nic znaleźć), ale myślę że warto zadzwonić i zapytać:

Jezioro Bohnij na desce SUP
Jezioro Bohnij o poranku, Słowenia

Bled

 

Kościół położony na małej wysepce (Blejskim otoku) na środku jeziora Bled, to najbardziej słoweński motyw ze wszystkich możliwych. Główny punkt rozpoznawalny kraju. To jak wieża Eiffela w Paryżu, katedra Gaudiego w Barcelonie, czy Brama Brandenburska w Berlinie, z tą różnicą, że dookoła opływają go wody jeziora, dalej oplatają lasy i wzgórza, a nawet skały, w tym ta z Zamkiem Bled (Blejskim gradem) na szczycie. Całkiem nieźle jak na mój gust. Chętnie rozłożyłabym taką piękną naturę i krajobraz dookoła każdej większej atrakcji turystycznej. Słoweńcy umieją w te klocki :).

Zaczęłyśmy na małej plaży, po zachodniej stronie jeziora. Miejsce to możecie znaleźć na mapie pod nazwą Velika Zaka, zaraz obok parkingu:

Od razu ruszyłyśmy w stronę wysepki z kościołem. Na jeziorze było już dużo innych amatorów SUPowania oraz małe łódki zabierające turystów, ale jezioro jest na tyle duże, że nikt nie wchodził sobie w drogę. Szerokie schody na wyspie i malownicze położenie świątyni robią wrażenie. My powolutku opływałyśmy Blejski Otok dookoła, przy okazji trenując z Szyszką pozowanie do GoPro na desce. Po zachodniej stronie do naszych widoków doszedł zamek na skale. Także o ile na codzień, ze względu na różnorodność wolę pływać po kanałach i rzekach aniżeli po jeziorach, o tyle te słoweńskie zawsze wybrną z monotonii w dobrym stylu, jak nie mgly to nietypowe widoki dookoła.

Jeśli będziecie w Słowenii, nad jeziorem Bled pewnie znajdziecie się tak czy siak. Zdecydowanie fajniej jest przepłynąć się po nim na SUPie niż wynajętą łódką. Da wam to więcej frajdy i swobody., tym bardziej jeśli będziecie z psem. Jeśli nie będziecie mieli swojej własnej deski możecie ją wypożyczyć np. zaraz po prawej stronie plaży na której my zaczynałyśmy:

Albo tu:

Jezioro Bled na Słowenii

Most na Soči

 

Na koniec crème de la crème, zdecydowanie wisienka na torcie. Jeśli macie pojechać na tylko jeden SUPowy spływ na Słowenii, to pomimo, że Bled, Bohnij czy Lublana to kuszące klasyki, to niech to będzie Most na Soci. W tak pięknym miejscu jeszcze nigdy nie pływałam i jeśli tylko dane mi będzie wrócić do tego kraju, na pewno pojadę tam z powrotem. Spływ zaczynamy w miejscowości Tolmin. I tutaj mała notka – uważajcie, zwykle w lipcu, w tych rejonach organizowany jest festiwal Metaldays i całą okolicę zagarniają fani cięższej muzyki. Jeśli szukacie ciszy i spokoju, nie będzie to najlepszy okres na spływ, ale jeśli chcecie zobaczyć jedyny w swoim rodzaju obraz brodatego metalowca na swym dmuchanym, różowym flamingu pływającego po turkusowych wodach Soczy, to jest to jedyne miejsce i czas.

My zaczęłyśmy na południowych obrzeżach miasta. Szukając dobrego zejścia do wody trafiliśmy na szutrową drogę prowadzącą w dół przez łąki i zarośla, kończącą się małym placem. Tam wypakowałyśmy się z samochodu i przeszłyśmy przez las, żeby dojść na mini plażę, która akurat idealnie mieściła nasze oba SUPy. Już tutaj byłyśmy zachwycone jak piękna, turkusowa i przeźroczysta jest woda w rzece, a nasze deski z perspektywy lasu wyglądały jakbyśmy wodowały się z jakiejś bezludnej wyspy tropikalnej. Najpiękniejsze momenty całej trasy to zdecydowanie jej początek i koniec, dlatego nie śpieszcie się. Woda rzeki Soczy jest tak przezroczysta, że możecie bez problemu obserwować jej dno. Ja byłam w szoku. Do tego pomimo czystej wody spodziewałabym się śmieci na dnie, ale na prawdę widziałam więcej ryb niż odpadków. Widoki jak z jakiegoś snu (z drugiej strony czy nie przykre jest to, że aż tak reaguję i przeżywam widok po prostu czystej wody?).

Rzeka, swoim wolnym strumieniem powoli unosi nas dalej na południe i kiedy po lewej stronie pojawia się droga 102, koryto zdecydowanie się poszerza i z węższej turkusowej nitki rozlewa się szeroko tracąc na swym magicznym kolorze. Tak płyniemy ok 2 km. Mniej więcej tutaj dołącza do nas Szyszka. Trasa jest długa i jako że nie ufam jej jeszcze na tyle, żeby płynąć z nią na desce na stojąco, bo jest nieprzewidywalnym, zahipnotyzowanym fanatykiem piórek i farfocli na wodzie, postanawiam, że połowę drogi popłynę sama, żeby móc się w spokoju porozglądać po okolicy i płynąć w trochę żwawszym tempie. Nie ma natomiast powodu dla którego nie można lub nie powinno się zabrać psa na ten odcinek. To po prostu kwestia czasu, a my zaczynałyśmy już dość późno. Dotarłyśmy w trójkę do Mostu na Soči. Tam mijając piękny kamienny most znalazłyśmy się w zielonej dżungli. Naprawdę, spokojnie można tam sobie zrobić fotki i wciskać znajomym, że było się w jakiejś Tajlandii, czy na Bali :P. Tutaj rzeka dzieli się na dwa strumienie i ciężko było nam się zdecydować, w którą stronę płynąć. Ponieważ odnoga skręcająca w lewo prowadziła bardziej wzdłuż miejscowości zdecydowałyśmy się popłynąć dalej prosto, gdzie zapowiadało się więcej lasów i zieleni. Po lewej w oddali widać było kolejny kamienny most, więc decyzja nie była łatwa! Tak czy siak, skończyłyśmy na wpływaniu w małe groty skalne, gdzie woda kładła piękne refleksy na ścianach i na SUPowaniu wzdłuż zarośniętych, zielonych skał. Ponieważ dzień się już kończył musiałyśmy zawracać do Mostu na Soči. Pozostał jednak ogromny apetyt na to, żeby zobaczyć co kryje się dalej, ale też żeby sprawdzić tę drugą odnogę odchodzącą w lewą stronę. Nie lubię szastać zbyt wieloma mocnymi przymiotnikami, ale to miejsce jest cudowne, przepiękne, magiczne! Jeśli kiedyś przyjdzie mi wrócić do Słowenii z deską, po pierwsze będę chciała popływać właśnie tam. Bardzo możliwe że będzie to nawet główny cel całego wyjazdu.

Deski na spływ Soczą możecie wypożyczyć tu:

Polecam popłynąć nie tylko z prądem do Mostu na Soči, ale też kawałek pod prąd, w stronę Tolmina, bo jak już wspomniałam, jest tam niesamowiecie!

Spływ w okolicach miejscowości Tolmin na Słowenii
Image module

To wszystkie słoweńskie akweny jakie udało nam się odwiedzić w ciagu jednego tygodnia wakacji. Przy okazji pomogliśmy znajomemu w winobraniu, Kuba pojeździł też trochę na swoim rowerze enduro po paru specjalnie przygotowanych trasach w dwóch ośrodkach: Kranjska Gora i Krvavec, a my planując lajtowy spacer przez góry, przypadkiem zaliczyłyśmy całodzienny trekking przez Alpy Kamnickie. Razem z Szyszką wyszłyśmy na szczyt Vrh Korena (1999 m n.p.m), przy okazji niespodziewanie natrafiając na krótki, ale dość stromy odcinek z łańcuchami. Szyszka dzielnie przeszła go bez większego strachu, ale na pewno zawróciłybyśmy gdyby nie amortyzująca smycz porządnie przymocowana do pasa biodrowego i uprząż z uchwytem, za który mogłyśmy Szyszkę w pewnym momencie unieść i podać sobie z rąk do rąk. Także nie ważne gdzie planujecie iść w góry ze swoim psem, zawsze porządnie się przygotujcie, tak żeby zapewnić psu i sobie maksymalne bezpieczeństwo. My bez uprzęży, zapasu wody, jedzenia, składanej miski i amortyzowanej smyczy zakończonej karabinkiem wogóle nie wychodzimy na szlak.

Słowenia, Alpy Kamnickie z psem

Jeśli byliście w Słowenii i znacie jakieś inne ciekawe miejsca, dajcie znać! Czuję, że na pewno nie będzie to nasz jedyny wyjazd i już spisuję listę pomysłów na kolejne odwiedziny. To kraj w którym nie ma szans na nudę.

Kuba Sochacki (zdjęcia i logistyka)
div#stuning-header .dfd-stuning-header-bg-container {background-image: url(http://outdoorito.com/wp-content/uploads/2019/06/Slowenia_Stand_Up_Paddle_Board_SUP-3.jpg);background-color: transparent;background-size: cover;background-position: left top;background-attachment: initial;background-repeat: no-repeat;}#stuning-header div.page-title-inner {min-height: 100px;}