Outdoor w mieście

Krótkie podróże między śniadaniem, pracą i kolacją.

Przez ostatni rok podrzucałyśmy Wam różne outodoorowe inspiracje. Pisałyśmy o tym, co robić w górach Szwajcarii, na pustyni w Izraelu, w nowozelandzkim interiorze, czy w podkarpackich lasach i nocą na Kalatówkach. Outdoor pełną gębą. W takim razie trochę na przekór, dla odmiany, tym razem mam dla Was przepis typowo miejski. A co! W dodatku taki do zrobienia w tygodniu, pomiędzy pracą i innymi codziennymi obowiązkami, gdziekolwiek nie jesteście. Przepis tak banalny w swojej prostocie, że aż dziwnie o nim pisać. Banalny, a jednak zaskoczyło mnie jak bardzo mnie wciągnął i jak odmienił zwykły tydzień jakich wiele w ciągu roku. Łapcie. Koniec wymówek, że nie ma czasu, albo kasy. Wystarczy po prostu otworzyć drzwi i iść…

Obie, kiedy tylko możemy, wyjeżdżamy. Czy to w dłuższe podróże, czy to na krótkie weekendowe wypady. Ale podobnie jak większość z Was ogranicza nas liczba dni urlopu. Obie pracujemy w biurach, od 9-17 i nie ma co ukrywać, kiedy po jakiejś podróży wraca się do pracy to bywa… monotonnie 🙂 A przecież kto powiedział, że dni poza urlopem, mają być tylko “przeczekiwaniem” do kolejnego wyjazdu? I od kiedy podróże to jedyna możliwość żeby zobaczyć coś ciekawego? I co dla Was jest tym ciekawym? Może to przede wszystkim robienie czegoś nowego, innego, wbrew codziennej rutynie? Postanowiłam spróbować powalczyć trochę z moją monotonią tygodnia pracy i… poszłam się przejść.

Amsterdamska rutyna

 

Codziennie dojeżdżam do pracy rowerem. W Amsterdamie to norma. Tutaj wszędzie dotrzesz szybciej i wygodniej na dwóch kółkach. Nie dziwi więc, że nad ranem miasto jest pełne rowerzystów mknących do roboty, a na co większych skrzyżowaniach robią się nawet rowerowe korki i czasem trzeba czekać do następnego zielonego światła, żeby jechać dalej.

Codziennie przejeżdżam ponad 8 km w jedną stronę. Około 40 min pedałowania, z zachodniej części Amsterdamu na południowy wschód, zahaczając prawie o ścisłe centrum. Kiedyś próbowałam urozmaicić sobie drogę i w ramach poznawania miasta zbaczałam z trasy i obierałam nową. Ostatnio przyłapałam się na tym, że nie robię tego już prawie wogóle.

Codziennie jadę dokładnie tą samą drogą.

A co gdyby dać miastu tydzień uwagi? Tydzień podczas którego poświęcę więcej czasu na bycie na zewnątrz i poznawanie miejsca, w którym spędzam większość dni w roku. Amsterdam oczywiście znam, ale ta znajomość zatrzymała się na jakiś utartych szlakach, którymi codziennie się przemieszczam. A ja nabrałam ochoty na więcej. I żeby było ciekawiej stwierdziłam, że będę robić coś, czego w Amsterdamie nie robi się prawie w ogóle jeśli już raz kupiło się rower.

Będę chodzić.

Dzień 1.
Jesień w Amsterdamie
Noorder Amstelkanaal, Amsterdam jesienią.

Takie miałam więc założenie. Tydzień spacerów do pracy.

Pierwszego dnia poranek był idealny. Złote słońce tu i tam wychodziło zza drzew i budynków  rozświetlając jesienne kolory. Po 8,5 km marszu czułam niezłe zmęczenie w nogach, ale po 8 godzinach siedzenia w pracy, po porannym wysiłku nie było śladu. Miałam łapać tramwaj, ale wyszłam idealnie w momencie zachodzącego słońca i żal było nie dojść chociaż do rzeki, żeby zobaczyć panoramę okolicy. A później kawałek dalej, gdzie słońce rzucało złote smugi. I jeszcze kawałek…. Tym sposobem już pierwszego dnia postanowiłam zmienić zasady i zamiast w jedną stronę, chodzić tam i z powrotem. Moje spacery wydłużyły się łącznie do ok 3 godzin i 17 km dziennie. Wkręciłam się.

Myślicie że przyszło mi to gładko? Cóż, nie jestem rannym ptaszkiem. Normalne wstawanie jest dla mnie ciężkie, nie mówiąc już o wcześniejszym budzeniu się o 6 nad ranem i spacerowaniu. Bywały momenty, zwłaszcza na samym początku, kiedy idąc przez ciemne jeszcze miasto, przysypiałam! Oczy mi się kleiły, starałam się obierać prostą drogę, żeby tylko w coś nie wejść, jeśli na parę sekund powieki same opadną :D. Także lekko nie było, ale z każdym dniem szło mi się lepiej.

Dzień 2.
Sklep spożywczy Albert Heijn o świcie
Rembrandtpark nocą

Żeby było trochę ciekawiej, założyłam sobie parę dodatkowych wytycznych:

 

Coś na oko

 

Codziennie tachałam ze sobą aparat. Wcześniej wielokrotnie planowałam skupić się na fotografii i trochę podszkolić od strony technicznej, ale jakoś nigdy nie mogłam znaleźć na to czasu. Spacery stały się idealną okazją żeby się za to zabrać. No i dzięki temu nie biegłam, nie patrzyłam tylko na zegarek i pod stopy, ale cały czas rozglądałam się dookoła i próbowałam znaleźć ciekawe kadry. Dzięki aparatowi pozwalałam sobie na częstsze postoje, na zaglądanie w miejsca obok których zwykle przeszłabym w pośpiechu. Mogłam świeżym okiem zerknąć na znane mi ulice i nowo odkryte zaułki. Dlatego nawet jeśli nie fotografujecie na codzień, zabierzcie ze sobą aparat. W zasadzie nieważne jaki będzie efekt waszego pstrykania. Jak już nastawicie się na focenie to zaczniecie dostrzegać różne ciekawe, wcześniej “pochowane” rzeczy. I zwolnicie.

Dzień 3.
Klomby kwiatów przed kamienicą
Amsterdam południowy

Nic na ucho

 

Ok, wizualną stronę sobie mniej więcej rozpracowałam, a co z dźwiękami? Codziennie jadąc rowerem do pracy słucham podcastów, ale na czas spacerów słuchawki zostawiłam w domu. I była to świetna decyzja. Nie tylko moje poranki stały się nieco inne, nie tylko mogłam się bardziej wsłuchać w miasto, ale też te 1,5h marszu to był idealny czas na wietrzenie głowy. Taki informacyjny detoks jest naprawdę zaskakująco fajny :). Przyznam, że na początku było dziwnie, brakowało jakiś bodźców, czegoś na czym można by nieco skupić myśli. Później zaczęłam bardzo cenić sobie ten czas, kiedy mogłam na spokojnie porozmyślać, albo po prostu zwyczajnie nie myśleć o niczym 🙂 W sumie taki współczesny luksus. 1,5h marszu to wystarczająco dużo czasu, żeby zdążyć przestać myśleć o codziennych bzdurach. No i trzeba iść, a nie gapić się w telefon, więc rozpraszacze mają dużo mniejszą siłę rażenia.

Dzień 4.
Wszystkie główne symbole Holandii w jednym obrazku - rower, krowy, kamienica i herb Amsterdamu.
Rowerami pod Rijksmuseum

GPS – Główny Przeszkadzacz w Spacerach

 

Ok, ostatnie kryterium. Olałam Google Maps. W końcu najszybszą trasę już znałam i nie chciałam, żeby cokolwiek mówiło mi którędy mam iść. Nie chciałam też patrzeć non stop w komórkę.

Google Maps pokazuje nam zwykle najszybszą drogę. Ale to, że jakaś trasa jest najszybsza, wcale nie musi znaczyć, że jest najlepsza. A co z tymi najzieleńszymi, najcichszymi, najciekawszymi albo najładniejszymi? Okazuje się, że te inne drogi to tylko kwestia dodatkowych KILKU minut. Czasem nawet nie. A od razu zmieniają rutynowy poranek w coś ciekawszego. Dlatego podczas tego tygodniowego projekciku, codziennie starałam się wybrać jak najbardziej inną trasę od poprzednich. Dublować jak najmniej dróg. Przez sieć kanałów byłam zdana na parę mostów, więc niektóre odcinki musiałam powtarzać i z każdym kolejnym dniem coraz trudniej było mi wymyślać nowe trasy. Ale fajnie jest tak kombinować i zamiast iść dobrze znaną, standardową drogą, myśleć w którą małą uliczkę tym razem można by jeszcze skręcić.

Dzień 5.
Amsterdam w deszczu

Minipodróż

 

Dzięki spacerom zyskałam 3 godziny włóczęgi dziennie. Mogłam się poczuć jak w podróży, kiedy bywa, że godzinami spaceruję po nowych miejscach i przyglądam się codziennemu życiu. Nieważne, że te miejsca nie były dla mnie do końca nowe. Dzięki powolnemu przemieszczaniu się, miałam wystarczająco dużo czasu, żeby spojrzeć na nie świeżym okiem.

Ok i po co to wszystko? Jaki był cel tego łażenia? Myślę, że w efekcie końcowym zrealizowałam kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Oto obrazek poglądowy:

Amsterdam - codziennie inna droga do pracy

Czyli zupełnie jak na wakacjach 🙂 Bilans końcowy: 15h, 80km i 0 dni urlopu.

div#stuning-header .dfd-stuning-header-bg-container {background-image: url(http://outdoorito.com/wp-content/uploads/2018/11/Amsterdam_rower.jpg);background-color: transparent;background-size: cover;background-position: center center;background-attachment: initial;background-repeat: no-repeat;}#stuning-header div.page-title-inner {min-height: 100px;}