SUP na wschód – Amsterdam

czyli 4 dni porannych przygód dla zapracowanych

Jak często próbujesz nowych rzeczy? Ile razy zrobiłeś/zrobiłaś coś, co chociaż trochę wychodziło poza twoje poczucie komfortu i codzienną rutynę? Większość z nas odpowie, że za każdym razem, kiedy wyjeżdża w podróż. Tylko czemu tak łatwo przychodzi nam odnaleźć przygodę w odległych miejscach, a kiedy wracamy do domu pozwalamy by rutyna zawladnęła nami od nowa? Przygoda nie ucieka do dalekich, egzotycznych krajów. Czasem leży tuż pod nosem i nie potrzebuje nawet naszego urlopu. Oto wpis o tym jak ją wygrzebałyśmy. A może powinnam napisać “wywiosłowałyśmy”? Wystarczyło tylko wstać o nieludzkiej godzinie…

Od czasu do czasu, mamy z Agnieszką potrzebę zrobienia czegoś wspólnie. I nie ma znaczenia, że dzieli nas 1000 km. Jeśli robimy coś razem, to nie rezygnujemy łatwo, jedna drugą mobilizuje, a końcowe efekty są dużo bardziej zadowalające. Kiedyś przez parę miesięcy biegałyśmy razem o tej samej godzinie. Umawiałyśmy się ile kilometrów robimy i nie było zmiłuj. No bo jak tu później powiedzieć sorry, nie chciało mi się, jeśli druga zrealizowała założony cel? A jeśli jedna zaczynała marudzić wystarczyło pojechać po ambicji 😛 Muszę przyznać, że nigdy wcześniej, ani później nie byłam w stanie zmobilizować się do takiej regularności w bieganiu i nie miałam już tak dobrych wyników.

Przypadkiem złożyło się, że w tym samym czasie obie kupiłyśmy SUPy. SUP, czyli Stand Up Paddle board, to twarda lub pompowana deska, na której pływasz stojąc i wiosłując jednym długim wiosłem. Idealna na kanały, spokojne rzeki i jeziora. Obie złapałyśmy bakcyla.

Ostatnio, przy standardowej skajpowej wymianie myśli o wszystkim i o niczym, któraś z nas podsunęła, że fajnie byłoby kiedyś nie tylko zobaczyć zachód słońca z perspektywy SUPa, ale i spróbować wypłynąć na wschód. To musi być w końcu coś niezwykłego. Mgły unoszące się na wodzie, złote odblaski wstającego słońca, cisza i świat budzący się do życia. Właśnie na takie “fajnie byłoby” trzeba bardzo uważać, bo to niezwykle niebezpieczna zbitka słów. Zwłaszcza jeśli zaraz potem, nie wiadomo skąd, pada spontaniczne “Ok, to kiedy?”. Do tego tym razem poszło jeszcze dalej, bo za moment pojawił się pomysł, żeby nie tylko zrobić to raz, ale podjąć się małego wyzwania i przez 4 dni pod rząd, w ciągu normalnego tygodnia pracy, pływać na SUPie o wschodzie słońca.

“Fajnie byłoby” – naprawdę nie rzucajcie tych słów na wiatr. Bo polecą i będą was codziennie z impetem wykopywać z ciepłego łóżka o godzinie, która nie powinna istnieć. A to na początku boli, zwłaszcza jeśli jest się śpiochem i normalnie energię do życia nabiera się po południu. Wiem co mówię, jest cierpienie.

Ale ok, prawda jest taka, że “fajnie byłoby” to często pomysły bezcenne i trzeba je łapać szybko za nogi, trzymać kurczowo z całych sił, nie puszczać i zabierać się za nie najszybciej jak się da. Bo one uwielbiają ulatywać i nigdy nie wracać, jeśli tylko odstawić je na moment. Za to uchwycone i zrealizowane często prowadzą do tych chwil, które po latach pamiętamy najlepiej. Do czegoś co nie tylko przerwie rutynę, ale i zapoczątkuje chęć do robienia kolejnych nowych rzeczy. Pływanie o świcie po kanałach w Amsterdamie (zresztą nie tylko tam, gdziekolwiek) na pewno wchodzi u mnie na taką listę. Wierzę, że żeby zadbać o siebie trzeba czasem organizować sobie takie małe przygody. I może brzmi to jak banał, ale naprawdę nie trzeba jechać daleko. Bo nie ważne gdzie, ale jak będziemy tych przygód szukać.

Deska SUP w Amsterdamie

Dzień 1,
Rembrandtpark, Stacja Lelylaan, Heemstedestraat, Rembrandtpark.

Trochę nieswojo się czułam wychodząc z wielką pomarańczową dechą o 4:30 do parku, kiedy dookoła jeszcze ciemno. Trochę strach, dlatego szybko przypięłam pióro do SUPa (finkę, statecznik, jak zwał tak zwał), zaczepiłam smycz do nogi i wskoczyłam na wodę. Tam już luzik, cisza, spokój i tylko ptaki co jakiś czas ze strachu wzbijają się do góry z hałasem. Aż ma się ochotę ciszej wiosłować 🙂 Tego dnia pogoda dopisała i zrobiłam pełne 6-cio kilometrowe kółko nową trasą. Miejscami było bardzo płytko i wąsko, musiałam przepływać ciasnymi tunelami pod drogami i stacją kolejową oraz nadrobić przynajmniej 2 km. Okazało się, że mój kanał mimo, że na mapie ciągnął się dalej, to w rzeczywistości w pewnym momencie został zabudowany. Łączył się za to z drugim równoległym, ale żeby wrócić do domu, musiałam wpłynąć w odnogę przy tym pierwszym. Nie było wyjścia, musiałam dopłynąć do następnego skrzyżowania, żeby zawrócić, ale udało się! To najkrótsze kółko jakie mogę robić wypływając z jeziorka przed domem i nie wychodząc ani na moment z wody. Co zabawne płynie się kanałami zaraz przy ruchliwej drodze, ale są tak zarośnięte, że jest się jak w innym wymiarze. Z jednej strony jestem niewidoczna z drogi, a z drugiej ja sama na początku nie poznawałam gdzie byłam, mimo że dobrze znam okolicę. Po drodze minęłam kort tenisowy, więc zaopatrzyłam się w zapas piłek dla Szyszki;). Tym razem wyłowiłam z 10 tenisowych i jakieś 5 dużych futbolowych, więc myślę, że starczy przynajmniej na pół roku. Trasa jest pełna zieleni, chaszczy i bocznych kanałów, na które nikt nie zwraca uwagi. Idealna żeby w 2h poczuć się jak Indiana Jones. A później założyć szpilki i iść do pracy. Polecam.

Dzień 2,
Rembrandtpark

Dziś dla odmiany zamiast eksplorować nowe kanały, wybrałam się na godzinny „spacer” w towarzystwie mojego bobra w psiej skórze. Już poprzedniego dnia, kiedy o 4 nad ranem zbierałam się do wyjścia Szyszka patrzyła na mnie z nadzieją i wyczekiwaniem. Zupełnie nie w głowie miała spanie. Dziś, kiedy razem wyszłyśmy z bloku o dziwo nie pobiegła jak zwykle prosto do wody. Szła blisko, ładnie się słuchając. Jakby czuła misję 😀 Zdecydowanie przekuła to wczesne wstawanie na jakieś grubsze zadanie do zrealizowania.

Tymczasem to był spokojny i relaksujący świt. Kiedy jestem z Szyszką muszę płynąć dużo wolniej, bo inaczej biedna nie nadąża. Zabawnie jest obserwować jak totalnie przełącza się na inny, czujniejszy tryb i całkowicie skupiona na wodzie poluje na każde drobne piórko na powierzchni. W tym wolnym tempie przepłynełyśmy 3 jeziora i przez las, kanałami dotarłyśmy do końca parku. A później to samo z powrotem.

Nasz park jest duży i czasami nieźle zakrzaczony. Miejscami wygląda jak tropikalna dżungla. Rośnie tu dużo ogromnych drzew Skrzydłorzechu Kaukaskiego. Skręcone, grube pnie chylą się ku ziemi, a pod koroną tworzą się wielkie, zielone jamy. Idealne, żeby czasem schować się przed miastem. Od kiedy zaczęłam pływać na SUPie doceniam ten park coraz bardziej.

Mimo, że Szyszka przez ponad godzinę cały czas płynęła obok mnie, to kiedy pod koniec wyszła z wody miała tylko więcej energii 😲 Zadziwiający stwór.

Stand up paddle board z psem, Holandia

Dzień 3,
Rembrandtpark, Burgemeester Cramergracht, Admiralengracht, Rembrandtpark.

Tym razem po raz pierwszy odważyłam się wpłynąć nieco głębiej w miasto. Zatoczyłam kolejne 6km kółko i tylko w jednym miejscu na drodze stanęła mi śluza na kanale. Trzeba było wdrapać się na brzeg i schodami przeskoczyć na drugą stronę.  O tej porze nawet w Amsterdamie kanały były puściutkie. Mimo, że płynęłam przez miasto, nie minęłam na wodzie niczego poza housebotami – czyli mieszkalnymi domo-łodziami. Ciekawie było obserwować miasto budzące się do życia. Pierwsi rowerzyści, zaspani ludzie idący do pracy, tramwaje dudniące nad głową, kiedy przepływałam pod mostami i ziewający właściciele psów spacerujący po skwerach i parkach. W sumie tak wczesne wstawanie, po 3 dniach nawet przestaje być katorgą, albo czymś niezwykłym :). Zaczęłam się przyzwyczajać i polubiłam te poranne, spokojne wiosłowanie. Taka aktywna medytacja na początek dnia. I nie wiem jak to działa, ale mimo, że nie dosypiam, to w ciągu dnia chodzę pełna nowych pomysłów i energii.

Stand Up Paddle Board na kanałach, Holandia
SUP w Holandii, Amsterdam
Stand Up Paddle Board, Amsterdam

Dzień 4, ostatni
Rembrandtpark, Postjesweg, Jacob van Lennepkanaal, Bilderdijkgracht, Kostverlorenvaart, Postjesweg, Rembrandtpark.

Dziś zachęcona wczorajszą trasą popłynęłam jeszcze głębiej w centrum miasta. Wąskie kanały, małe mostki z rowerami przy barierkach, nowoczesne houseboaty bo bokach i słońce wstające wprost przede mną. Amsterdam jak z obrazka. I do tego głośny świergot ptaków. Zabawne, bo płynęłam przez dzielnicę w której kiedyś mieszkałam, gdzie z Szyszką przespacerowałyśmy masę kółek dookoła kiedy była szczeniakiem, a zorientowałam się że to znajoma okolica dopiero po pewnej chwili. Tak inne jest to miasto z perspektywy SUPa. W ciągu dnia, zwłaszcza przy ładnej pogodzie, na tych kanałach pływa dużo łódek, które robią fale. Te większe mogą być problemem dla początkującego SUPera. Wtedy najlepiej szybko usiąść, żeby nie ryzykować kąpieli. Dlatego nie polecam pchać się do centrum miasta na swoje pierwsze próby na desce. Chyba, że zrobicie to o świcie. O 6 nad ranem woda była gładka jak lustro. Kanały miałam na wyłączność.

Amsterdam na SUPie
Na desce SUP w Amsterdamie

Czy po tych czterech dniach wróciłam na SUPa o świcie?
Jeszcze nie, ale myślę, że na pewno kiedyś to powtórzę, bo nie wiedzieć czemu, ale takie poranne, spokojne pływanie daje niezłego kopa na cały dzień.

Czy zmieniło mnie to w rannego ptaszka?
Jasne, że nie. Dalej przesypiam większość budzików :).

Czy coś mi to dało?
Nic, poza poczuciem osiągnięcia zamierzonego celu. Nic nie zdobyłam, ani nie pobiłam żadnych rekordów. Ale czasem właśnie o to „nic” najbardziej chodzi ;). Coś wydaje wam się być bez sensu bo nie wynika z tego nic konkretnego? Czasem najmniej sensowne rzeczy to właśnie te najważniejsze.

Łukasz Długowski i jego książka "Mikrowyprawy w wielkim mieście", którą gorąco Wam polecamy!
div#stuning-header .dfd-stuning-header-bg-container {background-image: url(http://outdoorito.com/wp-content/uploads/2018/07/SUP_w_Amsterdamie.jpg);background-color: transparent;background-size: cover;background-position: center center;background-attachment: initial;background-repeat: no-repeat;}#stuning-header div.page-title-inner {min-height: 100px;}